piątek, 27 lipca 2012

Dzień 8. Czy to już las, czy jeszcze park?

Niedzielę zaplanowałam raczej leniwie - spacer do ogrodu botanicznego. Na początku kilka zdjęć z drogi:

Plac przed wejściem do ogrodu, to plac Kalinina, czyli polityka radzieckiego, którego można obejrzeć na wikipedii na zdjęciu ze Stalinem i Leninem albo na pomniku:

(moi miejscowi znajomi stwierdzają, że przez takie zdjęcia nikt potem nie przyjeżdża do Mińska...)

Dokładnie po drugiej stronie prospektu Niepodległości (Niezależności) znajduje się brama Centralnego Ogrodu Botanicznego Narodowej Akademii Nauk Białorusi.

Fakty ma wikipedia, a teraz komentarz - owszem, ogród jest ogromny, jednak przeważającą część zajmuje las. Może gdybym nie pochodziła z rodziny grzybiarzy, to zrobiłby na mnie większe wrażenie. Niestety, w tej sytuacji się nie udało ;) W tym lesie można wprawdzie znaleźć ciekawsze rośliny niż w gułowskim, jednak z braku znajomości nazw w cyrylicy jak i łacińskich nie powiem Wam jakie :D

Tabliczka z jednej z alejek, założonej w 1932. Fotografowałam wszystkie kwiaty jakie spotkałam, prawie wszystkie wrzucam tu. Nie było ich za dużo.

Żeby nie było, to naprawdę ja relacjonuję :)

Kolejna para młoda, razem z całą rodziną.

Jak widać o parku trudno coś powiedzieć, łatwiej pokazać. Po sąsiedzku znajduje się kolejny park - Czeluskina. Wikipedia twierdzi, że nazwa pochodzi od parowca SS Czeluskin, czyli takiego rosyjskiego Titanica, którego załodze na szczęście udało się uratować. Jeśli ktoś chce dowiedzieć się więcej, polecam odnośniki na wiki rosyjską i angielską - są dużo bardziej szczegółowe. Sam park zaś najlepiej opisany jest na rosyjskiej wikipedii, gdzie warto spojrzeć choćby dla zdjęć. Ciekawostka stamtąd - park położony jest w dawnym Komarowskim Lesie (pamiętacie Komarowskij Rynek?).
Przy wejściu sporo lokalnych fastfoodów. Spróbowałam bułki z kurczakiem i serem, naleśników z wędliną i ogórkiem oraz lodów, które były najlepsze z tego wszystkiego.
Przepraszam za prezentowanie tak wygryzionego jedzenia, ale jak wygląda naleśnik z wierzchu każdy wie ;) Bułka była całkiem niezła, naleśnik niestety śmierdzący... Jeśli zaś chodzi o lody, to smakują nieźle, tylko wafelki w paczkowanych lodach są cienkie i nijakie.

W parku znajduje się wesołe miasteczko. Niestety jako, że byłam sama z wielkim plackiem nie zdecydowałam się na żadną karuzelę.
Weszłam tylko na diabelski młyn (tak to się naprawdę nazywa? hym...)

Nie jest dużo wyższy od otaczającego lasu, więc widoki nie były powalające. Siedziałam w nieobudowanej pleksi kabince i trochę się bałam, bo dzień był wietrzny.

Dalej w parku znalazłam miejsce, gdzie mężczyźni (gdzie to równouprawnienie, też bym pograła!) grają w szachy, warcaby, karty. Niestety zdjęcie obejmujące cały plac kompletnie nie wyszło, tu tylko dwa stoły. Panowie usiłowali mi coś powiedzieć, ale nie zrozumiałam :(

Wzdłuż parku jeździ dziecięca kolejka, dzieciaki, nadzorowane czasem przez dorosłych, same zajmują się wszystkim. Są maszynistami, obsługują przejazdy kolejowe, sprzedają bilety. Tu chłopcy, którzy sprzątali ogródek przed główną stacją.

3 komentarze:

  1. No nie, tylu i takich kwiatów w gułowskim lesie nie ma, nie ma też rzeźb i wyasfaltowanych ścieżek, ale przyjemnie jest tak samo, jak na powyższych obrazkach

    OdpowiedzUsuń
  2. Wygryzione jedzenie - moje ulubione ;P

    OdpowiedzUsuń
  3. W części leśnej ścieżki są tylko wyżwirowane. Nie pokazałam lasu, bo nie był fotogeniczny ;)

    OdpowiedzUsuń