czwartek, 12 lipca 2012

Dzień 2. Papiery i praca

W notce pojawi się nowy układ zdjęć - lepsze takie czy te z poprzednich notek? Powinny być wygodniejsze do oglądania w powiększeniu (po kliknięciu).

Dzień drugi musiałam rozpocząć od prysznica - mimo otwartego całą noc okna temperatura w pokoju była wciąż wysoka. Na szczęście na niebie pojawiły się chmury.




Miałam dużo wolnego czasu, bo Aleks1 powiedział mi poprzedniego dnia, że dopiero o 11 spotkam się z Eleną, która pomoże mi załatwić formalności i zaprowadzi mnie do pracy.
Dzień zaczęłam od zaglądania w okna biur w budynku, który stoi tuż obok akademika. Gdyby był piętro niższy, miałabym piękny widok na centrum Mińska.


Na śniadanie - znów manna. Kiedy stygła, zaczęło padać. Przez kilka chwil porządnie lało i ludzie starali się zniknąć z ulic.



Chwilę przed jedenastą zeszłam do recepcji, gdzie miałam spotkać się z Eleną. Niedługo przedtem skończyło padać. Mimo wszystko zamierzałam zabrać parasolkę - niebo jeszcze się nie rozpogodziło, ale oczywiście zapomniałam :)
Poprzedniego dnia udało mi się dopytać w recepcji o to gdzie mieszka Yosef, student z Tunezji (odwiedziłam go, ale nie oczarował mnie swą otwartością, a może byłam po prostu zbyt zmęczona...). Wiedziałam, że oprócz niego w hostelu mieszka jeszcze student z Indii, który też przyjechał na praktyki. Miałam szczęście trafić na niego na dole, gdzie czekał aż przestanie siąpić. Mimo, że Aleks1 ostrzegał mnie, że Elena jest "small one" sama bym się nie domyśliła, że podchodząca do mnie dziewczyna to właśnie ona. Na szczęście Afik (bo chyba tak ma na imię student z Indii) poznał ją wcześniej i wyszliśmy, żeby się przywitać. Elena okazała się być młodą dziewczyną, jak się dowiedziałam po drodze absolwentką lingwistyki z angielskim jako głównym językiem (oraz odrobiną niemieckiego i szwedzkiego). Poszłyśmy najpierw do innego akademika BSUIR, gdzie miałam podpisać papiery do meldunku. Dwie strony cyrylicą - nawet nie spróbowałam czytać. Złożyłam łącznie 6 podpisów (po 2 na każdym z trzech egzemplarzy). Przy okazji przedstawiłam się kilka razy, bo pracująca tam kobieta musiała wymyślić transkrypcję mojego nazwiska :)
Po załatwieniu formalności wyruszyłyśmy na BSUIR, żeby wypełnić dodatkowo papiery dotyczące registracji. Afik poprowadził nas na skróty przez kampus innej uczelni - BNTU - Białoruskiego Narodowego Uniwersytetu Technicznego. Przy okazji polecił nam znajdującą się na kampusie stołówkę.
Różne budynki akademickie zajmują dosyć spory obszar w północno-wschodniej części miasta. BSUIR znajduje się w zasadzie po drugiej stronie ulicy w stosunku do BNTU, a dookoła rozrzucone są budynki mieszkalne uczelni.


Dwa budynki BSUIR, hymn państwowy i flaga Białorusi w jednym z nich.

Afik porzucił nas i udał się do pracy, a my trafiłyśmy do International Affairs Office przy Białoruskim Państwowym Uniwersytecie Informatyki i Radioelektroniki (BSUIR - Belarusian State University of Informatics and Radioelectronics, w oryginale BGUIR). Na miejscu dokumentami zajmowała się Swietłana, która praktycznie nie mówiła po angielsku. Zrobiła kopię mojego paszportu i ubezpieczenia. Do zarejestrowania mnie potrzebowała jednak jeszcze 50 000 rubli czyli ok. 5$ Oczywiście nie miałam tyle białoruskiej waluty przy sobie, więc Elena zabrała mnie do banku, gdzie wymieniłam euro, które na szczęście miałam. Niestety nie mogłam wymienić złotówek - w banku nie dysponowali w ogóle kursem (chociaż na tablicy PLN było na czwartym miejscu, po dolarach, euro i rublach rosyjskich, ale pole było puste). Kiedy już pieniądze, było chwilę po 12, a w pracy byłyśmy umówione dopiero na 14. Umówiłyśmy się, że spotkamy się przed budynkiem BSUIR, a ja miałam czas wolny. Wyruszyłam pobłąkać się po ulicach, a ostatecznie trafiłam na BNTU. Weszłam do głównego budynku z zamiarem poszukania toalety, najpierw znalazłam ją jednak na planie ewakuacyjnym. Niestety kiedy już zawędrowałam we właściwy korytarz nie znalazłam żadnego oznaczenia na drzwiach, a nie chciałam próbować na chybił-trafił, więc planowałam sprawdzić drugie skrzydło... Najpierw jednak skierowałam się w głąb korytarza za tłumem ludzi. Nie był to zły wybór - trafiłam do stołówki, chociaż najpierw miałam nadzieje, że to jednak łazienka ;) Przechodzi się bowiem przez wyłożone płytkami pomieszczenie, w którym są lustra i umywalki.
W stołówce zaczęłam od obserwacji, co robią inni, a potem wzięłam tacę, surówkę/sałatkę, sztućce, zupę i herbatę. Drugie danie trzeba było już wybrać, więc wskazałam palcem na coś, co wyglądało jak kotlet. Niestety przyszło do płacenia... Na widok terminala radośnie zamerdałam kartą, na co kasjerka jeszcze radośniej odmeradała, wskazując na ścianę. Udało mi się wykrzesać "Nie panimaju" i wyciągnąć plik rubli z portfela. Przełożyłam je żałośnie, na szczęście kasjerka poradziła sobie, samodzielnie wybierając właściwe banknoty, rozkładając mi je przed nosem i mówiąc wartość :) Za jedzenie zapłaciłam łącznie 17 000 rubli. Po zjedzeniu postanowiłam jednak poszukać toalety w drugim skrzydle, pamiętna uwag co do toalet na Ukrainie. Hym, słusznie...
L: Lampa w holu głównym, schemat Kampusu, hol,  główny budynek (tablice po dwóch stronach drzwi to nazwa Uniwersytetu po rosyjsku i białorusku,  napis u góry jest po białorusku (і zamiast występującego w cyrylicy и), toaleta, skrzydło, автотракторный факультет - czyli pewnie odpowiednik naszego wydziału Samochodów i Maszyn Roboczych.
P: obiad, pomnik związany z drugą wojną światową w parku przy uniwersytecie,  korytarz w budynku автотракторный факультет, część głównego gmachu, młodzież w głównym gmachu.

Z uniwersytetu technicznego wróciłam na ten informatyczny. Pod wejściem spotkałam Alexa, który zaprosił mnie do biura. Zostałam poczęstowana (bardzo kruchymi) wafelkami. Przekazałam na ręce Alexa foldery o Adamowie i okolicy, które wzięłam ze sobą. Dowiedziałam się przy okazji, że Swietłana mówi trochę po polsku.
Elena zabrała mnie do pracy. Żeby wejść do pomieszczeń firmy, trzeba mieć przepustkę, ale trafiłyśmy akurat na kogoś, kto był chyba świadomy mojego przybycia i zaprowadził nas prosto do administracji. Zostałam usadzona na krzesełku i miałam czekać. Elena czekała ze mną i tłumaczyła mi na angielski jak kolejne osoby po rosyjsku odmawiają przejścia na angielski. W końcu prześliczna dziewczyna z HR, Maria, oprowadziła mnie po zapleczu firmy. Była bardziej zestresowana niż ja, co znacząco poprawiło mi humor. Zacięła się od razu na początku na słowie "pokazać" i próbowała dopytać Eleny jak powiedzieć po angielsku. Zapewniłam ją, że może w razie czego mówić po rosyjsku, tak więc kuchnia została przedstawiona mi jako kuchnia :)
Następnie zostałam zaprowadzona do pokoju, w którym pracuję. 8 biurek, 5 facetów i obrazek. Popatrzyłyśmy na siebie z Eleną nieco przerażone. W końcu przyprowadzono faceta, który miał być moim opiekunem. Wydukał coś nerwowo i stwierdził, że wyśle mi maila z zadaniem dla mnie. Elena skomentowała, że przy niej stwierdził, że wcale nie mówi po angielsku. W międzyczasie podłączono mi komputer i mogłam wreszcie skorzystać z internetu. W międzyczasie sprawdzania maila okazało się, że mam zmienić biurko, bo nie jestem jedyną nowa osobą w pokoju i przez pomyłkę posadzono nas przy złych komputerach. Tym samym jako jedyna zajmuję przestrzeń na lewo od drzwi mogąc obserwować wszystkich innych pracowników.
W międzyczasie dostałam mail od Егорa (Jegora), w którym powiadomił mnie, że zostanę programistką Javy, ale szczegóły ustalimy na skypie. No i okazało się, że z angielskim Jegora nie jest tak źle jak twierdził :) Dostałam zadanie do wykonania, jednak poskarżyłam się, że ludzie w moim pokoju nie są towarzysko nastawieni i Jegor obiecał poznać mnie ze swoją koleżanką.
Moje godziny pracy to 9-18 z godzinną przerwą na lunch, ale pierwszego dnia zostałam w pracy trochę dłużej, żeby skorzystać z internetu.


Po pracy postanowiłam wracać nieco okrężną drogą. Pierwsze miejsce, obok którego przechodziłam to Rynek "Komarowskij" czyli ogromna hala targowa. Niestety kiedy przyszłam była nieczynna, więc obejrzałam tylko okolicę. Zaszłam też do znajdującej się po drugiej stronie ulicy kafejki "Sun Cafe", gdzie miał być dostępny bezprzewodowy internet, a obsługa mówić po angielsku. Niestety długaśne menu istniało tylko po rosyjsku, a zapytana kelnerka niezbyt umiała pomóc. Ostatecznie wzięłam zaproponowany przez cheese cake, który okazał się być dużą porcją klasycznego sernika, podaną na kwadratowym talerzu, z plasterkiem pomarańczy i udekorowaną karmelem (15 000 rubli - ok. 6,5 zł), do picia wzięłam sok brzoskwiniowy - 6 390 rubli (niecałe 3 złote).
 Po drugiej stronie znajdowały się budynki, w których zakochałam się oglądając zdjęcia Mińska. Przy ulicy Viery Charużaj stoi 5 okrągłych bloków mieszkalnych. W większości z nich wystające balkony zostały zabudowane, ale w jednym nie. Bloki są z tyłu (nie od ulicy) płaskie - segment zajmują klatki schodowe. Wpadają w oko, z wygodą mieszkania może być już gorzej. [dopisane później: dowiedziałam się, że budynki te nazywane są w Mińsku Kukuruza, czyli po prostu kukurydza :) Pierwszy raz widzę niebieską kukurydzę ;) ]


Dalej pobłądziłam nieco przez osiedla. W Mińsku bardzo rzadko można trafić na mniej niż 3 piętrowe budynki mieszkalne, najczęściej są to kilkunastopiętrowe bloki. Jednak dzięki wszechobecnej zieleni, małej ilości parkingów pomiędzy blokami i dobrze zagospodarowanej przestrzeni nie wyglądają przytłaczająco.


W Mińsku jest wiele parków i "lasoparków", jak mówi mapa. Ten na zdjęciach to Park Drużby (Przyjaźni) Narodów. Miejscami wygląda bardziej jak mały las.


Po drodze zaszłam do MacDonalda, mając nadzieję, że tak jak w innych krajach, znajdę tam internet. Znalazłam tylko ogromną kolejkę zarówno do kas, jak i do MacDrive'a.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz