Zdjęcia są!
Jako, że pierwszego dnia miałam całe wolne popołudnie wybrałam się, żeby zwiedzić kawałek miasta. Jak wspominałam wcześniej (notka Dzień 0) najkrótsze bilety okresowe w Mińsku to dziesięciodniowe, a ja wciąż nie bardzo wiem gdzie można je kupić. W związku z tym nie zdecydowałam się na jazdę autobusem (do hostelu jechałam chyba na gapę, ale postanowiłam założyć, że Alex wie, co robi). Poszłam piechotą na stację metra Akademika Nauk. Na miejscu udało mi się kupić żetony - czyli bilety jednorazowe, które naprawdę mają formę okrągłych, różowych, plastikowych żetonów. Koszt 1500 rubli - ok. 60 gr! Ze stacji Akademia Nauk wyruszyłam na stację płośać (plac) Lenina, która wychodzi plac obecnie zwany Niepodległości, które znajdują się na linii.
Budynki rządowe w centrum, po prawej figura Lenina
Budynki rządowe w centrum, po prawej figura Lenina
Stacje metra są ciemniejsze i bardziej ponure, chociaż czystsze niż w Polsce. Na telebimach puszczane są teledyski brzmiących trochę jak disco-polo zespołów. Przy wejściach nie ma bramek z blokadami jak u nas, przekroczenie bez wrzucenia żetonu spowoduje najprawdopodobniej atak potężnej strażniczki, która siedzi w budce za bramkami.
Na miejscu skierowałam się do Kościoła św. Szymona i św. Heleny. Kościół ten jest przez niektórych nazywany najpiękniejszym przykładem polskiego neoromantyzmu. Nie będę tu streszczać całej historii, zainteresowanych odsyłam do wikipedii. W kościele trwała już msza po rosyjsku/białorusku, jednak nie wiedząc, czy uda mi się trafić na kolejną, postanowiłam na niej zostać. W przedsionku wiszą zdjęcia z wizyty (chyba) kard. Dziwisza, a także m.in. list od radnego Bydgoszczy, gdzie ostatnio nazwano plac imieniem kogoś bardzo ważnego dla polsko-białoruskiej historii (przy następnej wizycie spróbuję dowiedzieć się czegoś więcej) oraz artykuł na temat tego nadania.
Nie powiem, żeby kościół był pełen, ale praktycznie w każdej ławce ktoś siedział. Po bocznych korytarzach biegało kilkoro rodziców z małymi dziećmi. Ludzie byli ubrani dosyć swobodnie (w ogóle mińszczanie ubierają się dosyć casualowo i swobodnie). Podczas mszy klęka się też wtedy, kiedy w Polsce wstaje, a wierni do Komunii klękają w przejściu między ławkami. Księdzu oprócz ministranta z pateną towarzyszy dodatkowo ministrant ze świecą i drugi z dzwonkami, którymi dzwoni po każdym przyjęciu Komunii.
Po Mszy zeszłam za ludźmi bocznym przejściem, mając nadzieję, że może tam znajdę jakieś informacje o rozkładzie Mszy Świętych, jednak na końcu długiego korytarza była tylko toaleta ;) Przy panującym w Mińsku upale skorzystanie z bieżacej wody nie było jednak złym pomysłem.
Zaraz przed wyjściem z kościoła znajduje się wejście do podziemnego kompleksu sklepów, nazwanego Stolica. Na trzech poziomach znajdują się różnorodne sklepy i kawiarnie. Ze znanych w Polsce sieciówek są m.in. Promod, Vero Moda, Mango, Tally Weijl. Staniki na wystawach wołają o pomstę do nieba, chociaż w przejściu do metra widziałam reklamę sklepu, który ma w swojej ofercie m.in. Gossarda, a kobiety na ulicach nie przerażają z daleka. Przy okazji kupiłam kartę life:) - młodej białoruskiej sieci komórkowej. Koszt karty 25000 zł, pieniądze jednocześnie trafiają na konto, jednak ponieważ zdecydowałam się kupić pakiet 500MB internetu na 23000 rubli, dodatkowo doładowałam konto za 20000 rubli. W pakiecie internetu gratis jest 1000MB do wykorzystania między 1 w nocy a 8 rano. Zakup karty sprawił trochę problemów, bo tylko jedna z trzech pracownic salonu mówiła po angielsku. Trochę. Przy zakupie musiałam okazać paszport, moje dane zostały zapisane na poświadczeniu sprzedaży wystawianym w trzech egzemplarzach. Na każdym została naklejona nalepka z numerem telefonu. Do zakupy karty nie była potrzebna registracja / rejestracja (o której później). W salonie skonfigurowano mi też internet w komórce (sieć nie ma automatycznej konfiguracji), niestety musiałam skończyć sama, bo internet działał tylko w przeglądarce, ale nie w aplikacjach. Muszę jednak przyznać, że konfiguracja w moim telefonie jest wyjątkowo trudna, na szczęście razem z kartą dostałam szczegółową instrukcję. Po zakupie karty postanowiłam wrócić do hostelu, miałam z tym jednak wyjątkowy problem - nie mogłam znaleźć wejścia na stację. Dopiero po dokładnym rozejrzeniu się zorientowałam się, że wejście znajduje się w budynku!
Wracając postanowiłam obejrzeć miejsce mojej pracy - budynek firmy EffectiveSoft. Wysiadłam na stacji plac Jakuba Kolasa, której kolumny ozdobione są motywami z tradycji ludowej (a przynajmniej tak twierdzi wiki).
Budynek firmy trochę mnie przeraził. Ok, nie trochę. Wygląda jak więzienie, w dodatku klimatyzatory tylko na niektórych oknach sugerowały, że mogę nie być szczęśliwcem w chłodnym pokoju. Popstrykałam zdjęcia i wróciłam spacerem do akademika, oglądając białoruską architekturę mieszkaniową. A wieczorem na kolację kasza manna :) w zabranym z Polski najlepszym, najtańszym, nieprzywierającym i nieprzywierającym rondlu z IKEA!






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz