Tym razem Egor zdecydował się pójść ze mną na lunch bez Kasi, wybraliśmy się do Lido. Ponieważ byłam tam dzień wcześniej z Jurą, wiedziałam, gdzie co znaleźć. Szok Egora nie do opisania ;)
Wzięłam smażone kartofle z sałatką oraz kolorowy (i drogi) przecier owocowy.
Egor jadł z kartofle z chlebem (czego niestety nie uchwyciłam na zdjęciu). Mało się nie zadławiłam ze śmiechu, kiedy zobaczyłam to pierwszy raz. Nie żeby to samo w sobie było aż tak śmieszne, raczej fakt, że mama będzie mogła powiedzieć "A nie mówiłam" :D
Okazało się, że jednak nie najadałam się wystarczająco i niedługo potem poszłam z Kasią do sklepu, gdzie odkryłam syrok. Jedna z najfajniejszych rzeczy tu - batoniki z twarogu! Wyglądają tak:
Ten górny z galaretką szczególnie przypadł mi do gustu.
Na wieczór byłam umówiona z Jurą i Paulem na piwo, Kasia obiecała, że dołączy do nas po swoich lekcjach tańca. Zanudzili nas swoimi rozmowami o programowaniu i polityce, więc uciekłyśmy od nich. Dzięki temu obejrzałam ogień na Placu Zwycięstwa. Tak, on tam naprawdę płonie!
Najbardziej urokliwy był widok z okna - na Czerwony Kościół. No i napis nad barem "Women - no shirt, free service". Niestety nie zdecydowałyśmy się spróbować ;)





Skoro przy torach tramwajowych nie ma wysepek, to czy ludzie wsiadają prostu z jezdni i na nią wysiadają? W latach osiemdziesiątych w Warszawie zdarzały się takie przystanki, ale bardzo ich nie lubiłam.
OdpowiedzUsuńTak, takie. Do dziś taki jest przy Starówce, z tym, że Mińsku przed każdym przystankiem jest mnóstwo progów zwalniających i samochody tam nie pędzą.
OdpowiedzUsuńA co to jest na prawym górnym zdjęciu pod syrkami?
OdpowiedzUsuńHym, dokładnie to sama nie wiem. Przejście podziemne pod tym wielkim obeliskiem, chyba udaje, że płonie.
OdpowiedzUsuń