poniedziałek, 16 lipca 2012

Dni 4-6. Praaaca.

Cóż, następne dni mijały mi głównie w pracy. Środę spędziłam na pracy nad moją pierwszą internetową aplikacją w javie. Do południa zrobiłam pierwszą wersję. Niestety nie zadziałała. Nie mogąc znaleźć błędu, postanowiłam pójść z Kasią na obiecany poprzedniego dnia lunch w stołówce BNTU. Kasia wzięła swoją koleżankę ze studiów - Julię, która pracuje w sąsiedniej firmie jako testerka (jak i Kasia). Julia niedawno wróciła z Polski, gdzie była na Opener Festiwalu. Dziwiła się bardzo, że w Polsce wszyscy jedzą tylko zapiekanki i kebaby :D Tak się zagadałyśmy w drodze na stołówkę, że mało nie zbłądziłam, ale na szczęście udało mi się trafić. Dodatkowo zapomniałam zrobić zdjęcia tego co jadłam, a wzięłam tym razem draniki - rodzaj placków ziemniaczanych z mięsem i sałatkę, dodatkowo dziwną bułkę też mięsem oraz drugą z budynkiem oraz kompot :) Okazało się, że draniki (ze śmietaną...) są znacznie bardziej sycące niż barszcz i syrniki, więc bułki zabrałam sobie na później. Podczas lunchu dziewczyny na zmianę zasypywały mnie pytaniami w efekcie czego musiały potem czekać, aż skończę swoją porcję. Rozmawiałyśmy głównie o studiach i cenach za lekcje tańca w Polsce i na Białorusi ;)
Po lunchu poddałam się i napisałam aplikację jeszcze raz od początku :) Jednak Egor nie miał czasu od razu jej sprawdzić, więc z nudów zaczęłam ją rozwijać - początkowo miała być statyczna, żebym tylko załapała ogólne zasady działania. W końcu powstał program wyrażający opinię o człowieku na podstawie imienia ;)
Po pracy zaszłam na Komarowskij Rynek. Sprzed budynku odjeżdżają autobusy rozwożące ludzi na dalekie rubieże Mińska. Byłam w szoku jak grzecznie wszyscy stoją w kolejce :)


Na rynku wszyscy już powoli sprzątali, ale udało mi się dopaść stoiska ze słodyczami. Ostatecznie machając przy tym intensywnie rękami nabyłam tylko białoruski odpowiednik "Ptasiego mleczka". Za słodki i za bardzo gumowaty. Jednak samym rynkiem jestem zachwycona i muszę pójść tam jeszcze raz. Można tam kupić wszystkie lokalne produkty spożywcze, przede wszystkim mięso (którego nie będę jednak próbować) i nabiał (który chcę kupić).
Wieczorem usiadłam, żeby skorzystać z internetu i akurat trafiłam na Egora. Egor podesłał mi białoruskie piosenki do przesłuchania, które szybko mnie oczarowały. Porozmawialiśmy też trochę o książkach Siergieja Łukjanienki - rosyjskiego autora fantasy, który oprócz tego, że pisze wciągające książki, to umieszcza w nich dużo cytatów muzycznych. Przy okazji dowiedziałam się, że Egor ma 23 lata, jego rodzinne miasto to Gomel, niedawno zdobył tytuł inżyniera na BSUIR. Niedawno jeszcze mieszkał w sąsiednim akademiku, a teraz wyprowadził się do kawalerki przy obwodnicy, skąd dojeżdża codziennie rowerem do pracy.
Następnego dnia Egor miał sprawdzić moje zadanie, ale najpierw się trochę spóźnił (hym, chyba się nie wyspał...) a potem miał spotkanie swojego zespołu projektowego. W końcu zadanie zostało sprawdzone, ja pochwalona i zaczęłam czekać na kolejne zadanie. Niestety Egor musiał wrócić do swojego projektu, dlatego zadanie przyszło dopiero po lunchu, nam który dla odmiany zjadłam w pracy bułki z poprzedniego dnia, popijając je angielską herbatą. W pracy okazało się też, że moje prywatne słuchawki mają za krótki kabel, żeby móc je podłączyć do komputera i pracować w spokoju, ale z pomocą przyszła jak zwykle Kate, która pożyczyła mi parę od adminów, przy okazji polecając kolejnych kilka piosenek :)
Moje ogromne zadanie przyszło dopiero po południu i tego dnia nie zrobiłam już wielkich postępów.
Następnego dnia z trudem przyszłam do pracy, bo rano złapał mnie skurcz, który z trudem rozchodziłam. Jednak zebrałam się w sobie i pobiegłam do pracy (bo straciłam trochę czasu na rozciąganie). Bardzo się zdenerwowałam, gdy okazało się, że Egor ma wolne i gdybym przyszła w normalnym tempie, to nikt by i tak nie zwrócił na to uwagi. Mimo wszystko wzięłam się do pracy, ale nie zrobiłam zbyt wiele, bo okazało się, że instalacja potrzebnego oprogramowania w firmowej sieci trochę mnie przerosła.
Tym razem to Kate zabrała mnie, żeby pokazać mi inną stołówkę. Razem z nami poszła Julia, którą poznałam wcześniej, Andriej kolejny programista Javy z naszej firmy oraz Ania, analityk biznesowy w innej firmie. Specjalnie dla mnie przeszli na angielski, co było bardzo miłe :) Poszliśmy do dziwnej stołówki w socjalistycznym stylu, w której mieliśmy problem z wyborem czegoś sensownego do jedzenia, ale wypróbować trzeba było. Ostatecznie wzięłam draniki (kto wie z czym? Taak, ze śmietaną!) i chyba jakieś glony oraz kompot :) Wszyscy mieli ogromną radość, kiedy fotografowałam swoją porcję. Draniki w poprzedniej stołówce były lepsze i tym razem nie udało mi się skończyć mojej porcji, ale cóż... Nie byłam jedyna. Jednak od jedzenia ciekawszy był wystrój - ogromna ilość lamp pod sufitem i automatyczna taśma odbierająca tace (przypominała takie do zrzucania węgla na wagony), towarzystwo orzekło, że nad wystrojem musiał pracować cały sztab dekoratorów (bo jedna osoba by tego nie wymyśliła ;) )



W międzyczasie umówiłam się z Jurijem na wycieczkę po mieście, ale zasługuje to na oddzielną notkę :)

3 komentarze:

  1. Rewelacyjnie Ci idzie jak na początkującą polską blogerkę piszącą po nocach :) Jeszcze parę dni i uznam, że Mińsk jest rajem i zechcę tam pojechać ;]

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja już rezerwuje bilety :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie zapomnij o wizie :D O jechaniu, wizach i hotelach też będzie, ale pewnie już na spokojnie z domu :)

    OdpowiedzUsuń