piątek, 13 lipca 2012

Dni 2-3. Praca, praca i... praca!

Nie napisałam tego dokładnie poprzednio, ale pierwszy dzień w pracy był dla mnie naprawdę stresujący, bo nie wiedziałam za dobrze, co będę tam właściwie robić. W obowiązkach było coś o promowaniu usług firmy, inicjowaniu kontaktu z innymi firmami i prowadzeniu korespondencji i telefonów. Do tego najwyższy poziom znajomości angielskiego... Dla możliwości spędzenia miesiąca w Mińsku mogłam zostać nawet sekretarką. Jednak wciąż pozostawał strach, że zostanę odesłana do Polski, bo mój angielski zdecydowanie nie jest "excellent". Z drugiej strony, jednym z dokumentów aplikacji był certyfikat językowy z dokładnie wyróżnionymi moimi umiejętnościami, a zostałam zaakceptowana. Zestresowana i pełna strachu stałam z Eleną pod siedzibą firmy.
Kiedy już byłam w środku i okazało się, że mój przeciętny angielski jest nie gorszy od większości pracowników firmy, poczułam się o wiele lepiej. No, może przynajmniej mnie nie wyrzucą pierwszego dnia.
Z drugiej strony, kiedy już dowiedziałam się, bo będę robić, nie ucieszyłam się za bardzo. Egor, który jest moim opiekunem, programuje w Javiem, a ja i Java... No, wystarczy powiedzieć, że się nie dogadujemy za bardzo ;) Egor postanowił zadać mi na początek proste zadanie napisania programu liczącego silnię. Hym, w C++ jakieś 5 minut roboty... No może 15 w najgorszym przypadku. Jednak w przypadku połączenia Java + praca na Windowsie nie zapowiadało się to tak różowo. No dobra, powinnam zacząć od sprawdzenia czy zainstalowane wszystko co potrzeba do pracy... Nie miałam. Spytałam Jegora na skypie co w zasadzie według niego powinnam mieć i w czym tworzyć. Nie dostałam od niego odpowiedzi... Po chwili pojawił się osobiście, pomachał mi sugerując, że powinnam zwolnić mu klawiaturę i zaczął mi pokazywać, gdzie co znaleźć. Nie mówiąc przy tym ani słowa... Ekstra, super nam się będzie pracowało...
Kiedy Egor wrócił do swojego komputera zapytałam czemu właściwie się nie odzywa. W odpowiedzi dowiedziałam się, że jego angielski jest beznadziejny i po prostu nie umie mówić. Ale z pisaniem nie miał najmniejszych problemów...
Praktycznie resztę dnia zajęło mi przygotowywanie sobie środowiska pracy (najpierw musiałam przyzwyczaić się do systemu operacyjnego, którego szczerze nie znoszę), a potem pisanie pierwszej wersji kodu. Wiedziałam wprawdzie o co chodzi w programie, ale ojeju, jak to było w Javie?! Ja chcę C! :) Egor pocieszył mnie, że to nie problem, że się muszę przestawić i że sam prywatnie jest fanem Ubuntu. Nie mógł niestety podzielić mojej miłości do ostatniej sensownej Windowsa - 3.11, bo sam zaczął dopiero od 98 ;) Na koniec dnia przesłałam mu wstępną wersję programu.
Drugi dzień zaczął się od czekania na opinię Egora o pierwszej wersji programu. W międzyczasie zajęłam się szukaniem sterowników do własnego laptopa, bo poprzedniego okazało się, że jednak nie zainstalowałam wszystkiego po formacie i nie mogę połączyć się z internetem przez komórkę. Nie ma to jak ogarnąć sobie wszystko przed wyjazdem, grrr.
Egor przygotował mi listę uwag, pytań dlaczego coś działa tak nie inaczej i sugestii co mam rozwinąć w następnej wersji. Mój organizm odpowiedział jedno: KAAAAAWY! :D Jednak perspektywa spotkania w cztery oczy z ekspresem w kawy nieco mnie przerażała... Co zrobić, piszę do Egora. Egor zabrał mnie do kuchni, przy okazji przedstawiając mi swoją koleżankę Kate, która nie bała się mówić po angielsku. W ogóle to nie typ człowieka, który miałby jakieś opory przed mówieniem. Super, chyba wreszcie się z kimś tu dogadam! :) Pokazali mi jak zrobić kawę, dowiedziałam się też, że obecna kawa "sucks", podobnie jak uniwersytet, na którym studiowali... Ach, skąd my to znamy :D
Kate okazała się przesympatyczną dziewczyną. Egor przesłał mi do niej kontakt na skypie i zaczęłyśmy rozmawiać. Dzień należy rozpoczynać z dobrą motywacją, więc podzieliłam się z nią Ryanem Goslingiem. W odpowiedzi dowiedziałam się kto jest kim w moim pokoju. I żebym lepiej nie zaglądała w monitory, bo po minie chłopaków nie da się określić, czy mają na nich nowy program czy świeże porno ;) Kate wytłumaczyła też Egora, że tutaj ludzie szczególnie wstydzą się powiedzieć coś głupiego po angielsku i wolą nie mówić, a ja niestety raczej muszę się z tym pogodzić.
W przerwie na lunch poszłam znów na stołówkę uniwersytetu. Tym razem wzięłam barszcz, syrniki (sztuk 2), słodką bułkę i kompot - 10 600 rubli, jakieś 5 zł :) Barszcz składał się w płynnej części barszczu;), warzyw (chyba dostrzegłam kapustę, ale nie znalazłam buraków) i łyżki śmietany. Syrniki (сырники) okazały się być pysznymi plackami z twarożku. Ale zgadnijcie co było na wierzchu?... Tak, łycha śmietany :) Przy czym ta białoruska śmietana jest lepsza od naszej ;) Bułka była gumowa i nie chce mi się o niej pisać ;)
Próba zapytania Kate jak zapisać syrniki okazała się nadzwyczaj dobrym pomysłem, bo przy okazji okazało się, że Kate nie zna tej stołówki i chętnie pójdzie tam ze mną.


Po lunchu dostałam kolejne zadanie - napisanie prostej aplikacji wykorzystującej JSP. Egor podpowiedział mi materiały, z którymi powinnam się zapoznać i w ten sposób minęła mi w zasadzie reszta dnia - musiałam się wdrożyć w nową technologię.
W międzyczasie dostałam do podpisania lojalkę, dużo tam było o zachowaniu poufności... Hym, to chyba koniec bloga... Mam nadzieję, że jednak nie, bo z tego co zrozumiałam, chodzi przede wszystkim o nie zdradzanie planów firm, z którymi współpracuje EffectiveSoft, a ja na razie nie mam dostępu do żadnych projektów :) Chociaż z drugiej strony paragraf zawsze się znajdzie, gdy zajdzie potrzeba ;)
Nie pochwaliłam się, ale pierwszego dnia dostałam od razu "wypłatę" i zostałam milionerką, bo zgodnie z umową praktyki środki, które dostałam na życie to 1 500 000 białoruskich rubli, czyli ok. 600 złotych. Akurat na 30 obiadów w przeciętnej restauracji albo ponad dwa razy tyle w stołówce :)
Wieczór dnia trzeciego to instalowanie sterowników i próba połączenia z internetem. Zadziałał. Moje życie stało się lepsze! :)

2 komentarze: