W środę... Nawet nie pamiętam co się działo. Na pewno zabrałam Egora na lunch do mojej stołówki. Padało przez całą drogę. Skończyło w momencie, gdy doszliśmy do drzwi budynku. Egor tym razem jadł chleb do ryżu - widać na zdjęciu :) Nie mógł zrozumieć mojego kolejnego wybuchu śmiechu, więc wytłumaczyłam się, że uważam ziemniaki, ryż, makaron za zamienniki pieczywa. Egor był bardzo dumny z siebie, bo nie je makaronu z chlebem. Ale jego tata... tak, nawet makaron :D
Przy okazji Egor nauczył się czym różnią się "pills" od "pillows" (tak mamusiu, dla Ciebie przetłumaczę: pills to tabletki, a pillows to poduszki). W drodze powrotnej za to postanowił się nauczyć trochę polskiego, ponieważ wybierał się na zakupy do Polski. Nie, Białorusinowi nie da się wmówić, że "kurwa" znaczy "cześć", ale to akurat przerabialiśmy przy innej okazji ;) Omówiliśmy podstawowe zwroty grzecznościowe, "ile to kosztuje?" i przeszliśmy do liczebników. Egor się ucieszył, że są prawie identyczne, tylko czternaście wprawiło go w takie rozbawienie, że dalszej nauki już nie byliśmy w stanie kontynuować. Nie zrozumiałam o co chodziło :(
Po południu wybrałam się z Kate na zakupy, kupiłam kolejne syrki oraz galaretki w kształcie plasterków cytrynek w okrągłym opakowaniu (mam nadzieję, że każdy wie o co chodzi:D) Galaretki znalazły szczególne uznanie u Egora, który po pierwszym poczęstowaniu przychodził co jakiś czas sprawdzać czy wszystko działa (a galaretek ubywało...)
W czwartek było zimno i na lunch wybrałam się do Lido, bo najbliżej. Wypróbowałam pieczone kartofle z kurczakiem. Uwielbiam kartofle z sosem z Lido. Może dlatego, że sosy, które wybieram, są na najlepszej białoruskiej śmietanie albo innym jogurcie ;) Kurczak zaś często jest podawany nie w panierce, tylko w czymś co wygląda jak roztopiony ser. Ale nie ciągnie się jak ser, więc nie wiem co to jest ;) Do obiadu wzięłam też deser, który smakował chałwą, ale był tak mdlący, że całemu nie podołałam.
Tego dnia moje programy się na mnie obraziły i przestały działać, plując w siebie nawzajem niezgodnością wersji. Przeinstalowałam wszystko co możliwe, skonfigurowałam od początku, ale błędem wciąż sypało. Pomógł dopiero wezwany na pomoc Egor. Nie ogarniam co zrobił, ale zadziałało. Obiecałam mu za to kolejną porcję galaretek wymiennie z czekoladą, niestety nie otrzymałam żadnej konkretnej odpowiedzi. W związku z czym kupiłam jedno i drugie. A także czekoladę i zapas kokosowych batoników dla Kasi. Dla siebie wzięłam rachat łukum i syrki. Kiedy zostawiłam słodycze, w pokoju wybuchła bitwa. Kasia zdawała mi potem relację, że Bounty wyrwała bratu w ostatniej chwili ;) Rachat łukum było całkiem dobre, chociaż zaskoczyło mnie w pierwszym momencie, że białe na wierzchu to nie cukier puder, tylko mąka ziemniaczana ;)
Po południu nad Mińskiem przeszła ogromna ulewa, woda nie nadążała spływać z ulic. W związku z tym po zakończeniu godzin pracy nie opuściłam budynku, tylko zajęłam się uzupełnianiem wiadomości na blogu. Jednocześnie poprosiłam Egora, żeby zajrzał do mojego projektu zanim skończy ostatecznie pracę i pójdzie do domu. Egor pojawił się razem z opakowaniem czekolady, którą mu wcześniej dałam. Okazało się, że to nie dokładnie czekolada, a czekoladki. Egor uparł się, że zostawi mi przynajmniej dwie zanim przystąpił do ogarniania mojej aplikacji. Trochę mu to zajęło, ale okazało się, że część kłopotów wynika z jego błędnej odpowiedzi na moje pytanie na samym początku projektu ;)
Projekt zanotował wreszcie postęp, biuro było prawie puste, więc pozwoliłam sobie zadzwonić ze skypa do rodziców. Egor i jego kolega siedzący za ścianą mało nie popłakali się ze śmiechu. Według Białorusinów polski to taki białoruski, tylko z "psz" na początku każdego wyrazu.
Wciąż padało, a ja przysypiałam nad projektem, więc wyciągnęłam Egora do kuchni na herbatę.Przyniósł ostatnie dwie czekoladki i wmusił we mnie jedną. Pogadaliśmy trochę o kupowaniu elektroniki w Polsce oraz o snowboardzie.
Po 23 pogoda się ustabilizowała, a mój projekt do dalszych postępów wymagał doczytania dokumentacji, w związku z czym poddałam się i wróciłam do hotelu. W koleinach i dziurach (w Mińsku też są takie zjawiska, nic nie jest idealne ;)) wciąż stała woda i jednemu z przejeżdżających samochodów udało się mnie ochlapać, ale lekko. Za to na przystanku na przeciwko wydziału mechaniczno-technicznego zauważyłam przeuroczą całującą się parę. Mało całujących się par wygląda w Mińsku przeuroczo, większość to pożerające się glonojady, więc wyjęłam aparat i nawet zrobiłam im zdjęcie. Do obejrzenia więc: nocny Mińsk i pracujący Egor.



Ostatnie zdjęcie rzeczywiście zachwyca :) I, broniąc trochę Egora, chciałam powiedzieć, że u mnie w domu jadło się kiedyś placki ziemniaczane z chlebem :D
OdpowiedzUsuńDodam jeszcze, że zawsze zastanawiało mnie, kto przesiaduje do późnej nocy w pracy :P
OdpowiedzUsuń